utopię się w gęstym jak gorąca czekolada niebycie. bąbelki szampana uniosą mnie hen wysoko, wysoko ponad chmury, do krainy gdzie istnieje niebo przeznaczone dla baloników z helem. otóż gdy dziecko wypuści z rączki balonik, a prawie każdemu dziecku taka historia się zdarzyła, baloniki lecą do nieba. i mają gdzieś wysoko takie miłe miejsce, gdzie wielki balon misia ruperta osądza czy były dobrymi balonikami, czy złymi. ale to raczej mało istotne. w każdym razie...
walizeczka spakowana. magiczny kuferek w nim aparat. no i 13 jeźdźców apokalipsy jutro wyrusza w świat. przystanek 1.: warszawa.
mogłabym właśnie teraz się zakochać i/lub wyjechać do tybetu, zamieszkać na stepie i mieć wiatr w zębach i piasek we włosach. albo lepiej. mogłabym zostać stewardessą, wzbudzać sensację lękiem wysokości i klaustrofobią, między jednym atakiem paniki a drugim roznosić drinki zapracowanym panom po czterdziestce latającym nad atlantykiem do firm-matek, żon i kochanek. albo mogłabym wziąć jedną jedyną torbę podróżną, zapakować 14 koszulek i wyjechać tam gdzie wszystko było 'made in'. mogłabym uciec. mogłabym też wziąć się tu na miejscu do roboty, zostać superświnką albo jakoś tak zmienić świat, uczyć się do matury, pisać petycje, ratować damy z opresji czy 'zaliczających zgon' na imprezie czy też planować misje zbawiania lub zabawienia świata. ano mogłabym.